MIARA SIĘ PRZEBRAŁA!!! - CZĘŚĆ 3
Znany już Państwu zapewne temat agonalnego stanu służby zdrowia zasługuje na kolejne nasze przypomnienie. We wcześniejszych artykułach zatytułowanych podobnie przedstawiliśmy rąbek tajemnicy związanej z tą instytucją. Sytuacja jednak postępuje i z pewnością zasługuje na bardziej konkretne spostrzeżenia.
O tym, że klimat wokół służby zdrowia ma cechy rozkładającej się padliny wiedzą zapewne wszyscy. Nie wszystkich jednak stać na maski gazowe, stąd tylko nieliczni "trupowi" się przyglądają.
Zadłużenie służby zdrowia przekracza dziś 14 mld zł (prof. R. Holly), same zaś odsetki karne i koszty komornicze pochłaniają rocznie jedną czwartą tej kwoty.
Długi więc rosną, pracownikom szpitali nie wypłaca się pieniędzy, ich pensje zajmują komornicy. Pacjenci są trzymani w coraz gorszych warunkach, oferta szpitali coraz bardziej się zawęża.
Służba zdrowia pochłania gigantyczną ilość pieniędzy, kwotę za którą każdy z nas mógłby kilka razy w życiu przejść operację plastyczną.
Jednostki służby zdrowia zostały na koniec roku 1998 oddłużone na sumę 7 miliardów złotych - dług przejął Skarb Państwa. Mimo tej czynności długi szpitali zaczęły rosnąć od nowa, zupełnie tak, jakby nie było pieniędzy na ich finansowanie. Powstały wówczas kasy chorych, co miało pokryć koszty funkcjonowania oddłużonych placówek, zaś pieniądze miały iść "za pacjentem". Placówki o lepszym standardzie usług powinny przyciągać większą liczbę pacjentów i tym samym dysponować większą ilością pieniędzy.
W praktyce jednak było zupełnie inaczej. Kasy chorych wprowadzały szaleńcze limity na ilość zakontraktowanych usług, ich wycena była zaś kompromitująca.
Szefowie kas chorych zarabiali krocie, ich zastępcy jeśli chodzi o zarobki pod tym względem się nie różnili. Ręcę zacierały także banki, które widząc umierający twór niosący za sobą spory spadek nie wahały się udzielać kredytów na lichwiarskich warunkach (choć lichwa prawnie w Polsce nie istnieje, jej obecności nie da się zaprzeczyć).
Jedną z wielu istotnych przyczyn wzrostu długów była kradzież przez przestępców nazywanych jeszcze dzisiaj politykami olbrzymich sum pieniędzy z 30 miliardów złotych, które przeznaczono na ochronę zdrowia. Przykładów możnaby tutaj mnożyć setki, wiele z nich do dzisiaj nie została ujawniona.
Do jednego z przestępstw doprowadził obecnie były szef NFZ Aleksander Nauman, który był współwłaścicielem firmy, która przez fikcyjne darowizny sprzętu medycznego doprowadziła do zadłużenia szpitali na wiele milionów zł.
Afera, określana jako sprzętowa, uchodzi za największą dotychczas aferę w służbie zdrowia. Straty Skarbu Państwa do tej pory oszacowano na 100 mln zł.
Według Rzeczpospolitej w sprawozdaniu finansowym firmy Pharmakon ze Szwajcarii, która na aferze sprzętowej zarobiła najwięcej, jest informacja, że na konta bankowe Naumana i jego wspólnika z branży medycznej, Wacława Bańbuły, spółka miała przekazać po 200 tys. franków szwajcarskich. Mechanizm działania był bardzo prosty. Zachodnia firma wstawiała do szpitala aparaturę lub sprzęt medyczny, traktując ją jako darowiznę. Po jakimś czasie okazywało się jednak, że Ryszard R. wystawiał firmom poświadczenia, że wskazane przez niego szpitale są winne pieniądze za dostarczony sprzęt medyczny, a długi powinien pokryć resort zdrowia. Takie poświadczenie było sprzedawane na rynku długów, dzięki czemu firma odzyskiwała część pieniędzy z darowizny dla szpitali. Ryszard R. wystawił kilkadziesiąt takich poświadczeń na kwotę ponad 20 min zł. Według świadków w tej sprawie (dyrektorów szpitali, przychodni), firmy zgłaszały się do nich z propozycjami darowizny z polecenia R. Gdy szefowie szpitali dzwonili do niego, uspokajał ich, twierdząc, że ministerstwo ureguluje wszystkie długi.
Związani z Prezydentem RP ludzie ukradli od podatników grubo ponad 140 milionów złotych w znanej aferze dotyczącej fabryki osocza w Mielcu, która nigdy tam nie powstała.
Afera Labolatorium Frakcjonowania Osocza (LFO), której przewodniczył nikt inny jak Włodzimierz Cimoszewicz była od samego początku ukartowana. Wiedziały o tym nie tylko instutucje strzegące bezpieczeństwa państwa ale i media.
Wszystko zaczęło się w 1994 r., kiedy w Ministerstwie Zdrowia powstała koncepcja budowy przetwórni osocza w Polsce. Opinia jedynego specjalistycznego ośrodka naukowego (Instytutu Hematologii i Transfuzjologii) od początku była negatywna. Spośród kilku firm, które chciały budować przetwórnię, komisja międzyresortowa wybrała spółkę Nedepol (obecnie LFO), należącą do Zygmunta Nizioła, Roberta Lewisa, Dawida W. Minnottea, Björna Hedberga i Włodzimierza Wapińskiego. Ten ostatni wielokrotnie opowiadał, że jest przyjacielem m.in. Aleksandra Kwaśniewskiego i Marka Siwca. 27 maja 1997 r. Rada Ministrów udzieliła gwarancji kredytowych.
Biznesmeni wzięli z banków tyle pieniędzy, na ile opiewały gwarancje skarbu państwa - 60 proc. kosztów, czyli 20 mln dolarów.
W lipcu 2001 r. Jan Wojcieszczuk, generalny inspektor finansowy, złożył do prokuratury doniesienie w sprawie nieprawidłowości przy budowie przetwórni osocza. Kontrolerzy skarbowi natrafili w spółce LFO na faktury, z których wynikało, że w latach 1997-1998 pieniądze z kredytu trafiły do holenderskiej firmy ZAN Holding BV, także należącej do Zygmunta Nizioła. Tymczasem holenderscy kontrolerzy stwierdzili, że ta firma nie istnieje od 1995 r. Jak więc mogła wykonać usługi dla LFO warte 7,9 mln zł? Faktury dotyczyły wypłat za dokumentację techniczną i roboty inżynieryjne. Jednak dokumentów, że prace te zostały wykonane, nie ma.
Śledztwo prokuratorskie przyniosło kolejne rewelacje. Setki tysięcy złotych pochłonęły wyjazdy zagraniczne biznesmenów związanych z inwestycją. Znaleziono faktury za przeloty do Acapulco, Hongkongu, Dallas, a także dowody transakcji zawieranych przez firmy należące do tej samej osoby - Zygmunta Nizioła, w tym polecenie zapłaty 200 tys. zł za przeloty na olimpiadę w Sydney.
Za darmo, czyli jaki ma jednak cel zadłużanie służby zdrowia?
Wczoraj dowiedzieliśmy się, że minister zdrowia Marek Balicki zaproponował, aby wszystkie publiczne szpitale, które skorzystają z pożyczki z budżetu państwa, mogły mieć umorzoną jej część - niezależnie od tego, czy przekształcą się w spółki, czy nie.
Celem wszystkich działań związanych z zadłużaniem tej instytucji jest niewątpliwie doprowadzenia do spadku jej wartości. Jak już Państwa informowaliśmy w poprzednich artykułach, służba zdrowia ma być sprywatyzowana.
Zadłużanie jednak nie może ewoluować w nieskończoność - cel musi być spełniony. Trudno byłoby jednak sprzedać komuś tak zadłużone szpitale.
Minister Balicki dokonując więc procesu umorzenia długów szpitalom działa jak narzędzie przyszłego ich właściciela - kupić szpitale z poświęceniem jak najmniejszych kosztów.
Służba zdrowia, którą każdy będzie omijał szerokim łukiem "bo śmierdzi" zostanie więc sprzedana za symboliczną złotówkę. Jaki interes zrobi na tym przyszły komercyjny właściciel - o tym przekonamy się niebawem.
Tego procesu nie da się już zatrzymać, można go co najwyżej spowolnić.