Sala porodowa
Czuję się jak w szpitalu, o którym raz na zawsze zapomniały państwowe NFZty. Wypełnione po brzegi sale, ustawione wzdłuż szpitalnego korytarza tymczasowe łóżka. Na nich jakieś żywe istoty, które co pewien czas wydają dźwięki. Dźwięki bólu, rozpaczy i radości, bedącej bardziej chorobą, niż naturalnym odruchem psychiki. Kilka sal dalej trwa poród. Główkę już widać, choć trwa to już od dłuższego czasu. Czy to sen? Jedno jest pewne - sprawa nie posuwa się wyraźnie dalej, natomiast ów ból potęguje sie z każdą chwilą najdrobniejszej sekundy życia rodzącej właśnie matki.
W ten ów, nieprzypadkowo spowolniony sposób, odbywa się w naszym kraju lustracja. Osoba po osobie, im dłużej tym lepiej, limit dzienny: 1 sztuka.
Dziś dowiadujemy się, że znany dziennikarz telewizyjny Bogusław Wołoszański był w latach 80. współpracownikiem wywiadu PRL.
Oczywiście szanowna redakcja "Rzeczpospolitej" nie poinformuje nas w swoim artykule ilu tak naprawdę dziennikarzy współpracowało ze służbami PRLu, ponieważ następnego dnia zabrakłoby stron na publikacje i zbyt szybko ze skutkiem pozytwnym skończylibyśmy lustrację.
Nie o to przecież chodzi żeby zrobić lustrację raz... a dobrze, tak więc drapiemy. Drapiemy i uzyskujemy efekt ten sam, który mielibyśmy w przypadku niepodjęcia się rozliczenia z przeszłością.
A wystarczy spojrzeć na ruch autokarowy w kierunku zachodnim... wystarczy przejść się po pierwszym dobrym polskim lotnisku... wystarczy zapytać: dlaczego? Czy mamy czas? Czy mamy czas na długotrwały poród nowej rzeczywistości? Ile będzie warta naprawa, którą wykonywać będziemy w nieskończoność? A może komuś zależy na opóźnieniach?