Dziwny sygnał z radiolatarni
Sygnał radiolatarni, który otrzymywał prezydencki Tu-154 był inny od tego, który normalnie powinien odebrać. Wszystko przez niestandardowy rozkład systemów nawigacyjnych na lotnisku Siewiernyj - twierdzi były pilot wojskowy ze Smoleńska.
W standardzie bliższa radiolatarnia znajduje się 1 km od początku pasa startowego, dalsza - 4 km. Z tej strony, z której nadlatywał prezydencki tupolew, druga jest jednak umieszczona w odległości 6 km.
- Jeśli pilot orientowałby się na standardową odległość i wybrał standardową trajektorię podejścia do lądowania, okazałaby się ona zbyt krótka i stroma. W efekcie mniej więcej w odległości 1,5 - 2 km znalazłby się na wysokości kilku metrów nad ziemią – tłumaczy rozmówca "Rzeczpospolitej".
- 4 km i 1 km to rzeczywiście standard - potwierdza pilot instruktor Dariusz Szpineta. - Nie spotkałem się, aby radiolatarnia dalsza znajdowała się w odległości 6 km od lotniska.
- Leciał tak, jakby tutaj właśnie spodziewał się pasa startowego - mówi, stojąc przy ściętej skrzydłem samolotu brzozie, Aleksandr Koronczik, inny pilot ze Smoleńska.
Podchodziliśmy do lądowania z tej samej strony – zapewnia łk Bartosz Stroiński, dowódca eskadry samolotowej Pułku Lotnictwa Specjalnego, który był 7 kwietnia kapitanem Tu-154. Jego zdaniem rozkład radiolatarni nie miał wpływu na katastrofę - czytamy w "Rzeczpospolitej".
Eksperci podkreślają też, że nawet jeśli Protasiuk założył, że radiolatarnie mają standardowy rozkład, przed nadmiernym obniżeniem lotu powinny go ostrzegać inne urządzenia na pokładzie, m.in. wysokościomierze i bazujący na GPS system TAWS (w sobotę prowadzący śledztwo Międzypaństwowy Komitet Lotniczy podał, że był on w czasie lotu uruchomiony.